Świadomość bycia kochanym podarowana mi przez Boga czerpie soki z powyższych słów. Zdanie to zostało we mnie po lekturze wywiadu z obecnym biskupem Karagandy ks. Janem Pawłem Lengą. Pozwolę sobie na krótką wzmiankę o osobie i życiu biskupa Jana, ponieważ należy do grona osób prominentnych w Kazachstanie. Krótko po przyjeździe miałem okazję zamienić z nim słowo. Przywitał mnie jak dawno wyczekiwanego syna. Z wrażenia powiedziałem „Boh” zamiast „Bóg”, a on zapytał, czy jestem z Ukrainy? Było trochę śmiechu! Wspomniałem to ciepłe spotkanie, ponieważ gdyby się potwierdziło przypuszczenie biskupa, bylibyśmy krajanami. W sumie prawie jesteśmy, bo Ukraina jest krajem siostrzanym. Z zapartym tchem czytałem wspomnienia biskupa Jana. Droga do kapłaństwa, które stało się jego udziałem, prowadziła przez fascynację postawą młodego wikarego w parafii. Nie przypuszczał, że będzie księdzem. Został potajemnie wyświęcony w nocy przy jednym świadku, który mógł potwierdzić jego tożsamość. Jedynym dokumentem o przyjętych święceniach było jego zdjęcie w sutannie. Nigdzie nie mógł podjąć jawnie pracy duszpasterskiej, ponieważ władze żądały dokumentów. Nie okazywał nic poza słowem i zdjęciem, ponieważ jak twierdził, dopuściłby się zdrady nazwiska biskupa, który wyświęcił go na kapłana. Władz wprost nie pytały o to, ale miały taki cel. Tułał się po różnych miejscach aż dotarł do Kazachstanu. Jedną z pierwszych jego myśli po wylądowaniu na ziemi kazachskiej było wewnętrzne pytanie: „Panie Boże, czy nie mógłbym pracować gdzieś bliżej?”. Było to 22 maja 1980 roku. Po jedenastu latach trudnej pracy został biskupem dla wiernych rozsianych na obszarze wielkości Europy. Dzisiaj jest ordynariuszem w diecezji karagandyjskiej na południu Kazachstanu.
Myśl biskupa Jana jest solidną konstrukcją dla świadomości bycia kochanym. Zdrowe jest spajanie w sobie siły i miękkości dla podtrzymania w sobie świadomości, która daje poczucie spełnienia i szczęścia. Za brak owego życiowego potencjału należy uznać zuchwałość i słabość, które dochodzą do głosu z powodu pęknięcia spowodowanego ciosem. Mam na myśli grzech pierworodny, który przez chrzest został odpuszczony, ale zostawił w nas trwały ślad; mówiąc inaczej bagaż, który poprzez doświadczenia życiowe wypłukane z miłości powiększyły jego ciężar do takich rozmiarów, że przyjął w nas formę słabości. Dla świadomości bycia kochanym niezbędna jest wiedza o korzeniach własnych grzechów. Myśl o nich przygnębia serce. To zdrowy odruch, bo trzeba umieć nad sobą zapłakać. Z drugiej jednak strony niezbędne jest, aby mieć pewność czy słabość, którą noszę w sobie nosi znamiona grzechu czy zranienia. Nie każda słabość jest grzechem. Może być raną! Na zranienia najlepszy jest kojący okład, któremu na imię darmowa miłość, miłość za friko. Złamane przykazanie jest sygnalizacją słabości, ale kiedy ta słabość powstała ze zranienia, to wówczas nie nosi w sobie znamiona winy. Dopóki nie uda nam się przekonać serca i rozumu, że tak właśnie jest, dopóty będziemy niewolnikami błędnego koła, które zawiesza w próżni rozwój duchowy. Błędne koło polega mniej więcej na tym, że tzw. twix, czyli pożądliwość jako pozostałość grzechu pierworodnego i życiowe doświadczenia braku miłości, bratają się na stałe z grzechem, który jeśli wystąpi jest źródłem kolejnego cierpienia, tym razem z powodu odrzucenia przyjętego systemu wartości. Błędne koło w tym wypadku polega na przechodzeniu z cierpienia w cierpienie. Jak długo można trwać w takim stanie? W tej sytuacji cierpi człowiek i dodatkowo cierpi jego wiara, ponieważ w sposób naturalny wypacza i czyni z człowieka cierpiętnika i niepotrzebnie zadręcza. Współcześnie na skutek braku miłości przejawiającego się w kryzysie rodzicielstwa, a zwłaszcza ojcostwa, spora liczba uczniów Chrystusa na skutek braku wiedzy o korzeniach swoich słabości wpada w wir błędnego koła i odchodzi z Kościoła, bo wiara staje się „nie do życia”. Podkreślam, że dzieje się tak przez własną niewiedzę. Wiara serwowana przez Kościół jest zawsze świeża i nowa dzięki światłu Bożego Słowa. W tym obszarze nie potrzeba dodatkowych interwencji. Zmian trzeba dokonać w sobie, najlepiej przy pomocy kierownika, towarzysza, przyjaciela, osoby zaufanej, psychologa, kogoś stojącego z boku, ale też z głową na karku i fachowym podejściem. Zdanie, które zainspirowało biskupa Jana do pracy nad sobą musiało mieć solidny fundament, o którym sobie przypomniałem.