+48 606 283 414 larafal@interia.pl

Przypomniała mi się stara maksyma, która kiedyś zmobilizowała mnie do zdobywania tatrzańskich szczytów, a dzisiaj do przyswajania słówek. Wraz z tą sentencją wróciły wspomnienia z wakacji, wypadów z przyjaciółmi i refleksje o szczytach.

W rozważaniu „Tatry a Karaganda” odsłoniłem przystanki, jakie kryje w sobie droga do Zakopanego. Okazuje się, że obok tej trasy w samych Tatrach znajduje się równie szczególna. We wstępie ujawnię, że w tym roku obchodziła 100 latek od swojego powstania, a więc zabytkowa. Na dodatek jest dziełem księdza. Mowa o Orlej Perci. Pomysł na przetarcie zrodził się w głowie Franciszka Henryka Nowickiego, wielkiego miłośnika Tatr. Zależało mu na szlaku, na którym turysta mógłby iść samymi szczytami przez kilka godzin i podziwiać piękne widoki bez konieczności schodzenia w doliny. Pomysłodawca miał świadomość, że projekt jest niezwykły. Obawiał się jednak, że nikt nie będzie chciał słuchać poetyckich wizji, lecz będzie się domagał konkretów technicznych. Zwrócił się do autorytetu w tej dziedzinie ks. Walentego Gadowskiego, wówczas już profesora seminarium duchownego w Tarnowie. Ten podchwycił z entuzjazmem pomysł i 16 lipca 1903 roku wytyczył szlak od Wodogrzmotów Mickiewicza. Jest to jeden z najpiękniejszych odcinków w Tatrach polskich. Tam można się przekonać, że poprzez zmaganie się z własną słabością i z przyrodą oraz w obcowaniu z jej pięknem możemy doskonalić ducha. Zdobycie szczytu jest związane z trudem i wyrzeczeniem, które się opłacają. Na górze doświadcza się samotności, otwarcia się na sacrum i człowieka. Obiecałem sobie, że podczas każdego urlopu nie zabraknie wyjazdu w Tatry z przyjaciółmi i towarzyszami mojej misji. Do tego dokładam jeszcze jedną obietnicę, że nie zabraknie trasy od Wodogrzmotów Mickiewicza. Szlak ten dedykuje małej trzódce na Wschodzie.

Pozostając przy szczytach nie może zabraknąć refleksji o tej codziennej, najważniejszej dla mnie górze, jaką jest Eucharystia. Przy Ukochanej można doświadczyć potrójnej miłości: obradującej, czyli Bożej, opuszczonej i wyniszczonej, czyli kazaskiej, i tej, która dodaje skrzydeł, niesie i podtrzymuje, czyli rodzinnej i przyjacielskiej. Ostatnio żywe jest pragnienie, aby w ciągu dnia wchodzić więcej razy na ten szczyt. Przekonała mnie historia, którą opowiedział o. Leonard z Wiktorówek w Tatrach. Dzisiaj jest wybitnie tatrzańsko! Niespodziewanie i sam przywędrował do kaplicy kard. Karol Wojtyła. W trakcie rozmowy zapytał: „A ile ojciec Mszy odprawia w niedzielę?”. Leonard nie bardzo wiedząc, co odpowiedzieć, zaczął się plątać w zeznaniach. Biskup poklepał go po ramieniu i powiedział: „Niech ojciec odprawia, ile trzeba”. Bo to jest tak: jedna Msza w jeden dzień – tak przewiduje tradycja i prawo kościelne. Jeśli nie jedna, a dwie lub trzy – to za zgodą biskupa, która może być udzielona ogólnie parafiom, gdzie w niedziele musi być więcej Mszy lub na określone sytuacje (np. pogrzeb lub ślub). Dwie lub trzy. Cztery już nie. Chyba że na Wiktorówkach albo misjach. Przed wczoraj siostra zakonna nieśmiało porosiła, czy mógłbym odprawić drugą Mszę świętą dla nich. Zgodziłem się bez problemu. Nie znam źródła pochodzenia tej nieśmiałości. Kiedy wyjeżdżałem powiedziałem sobie, że będę odprawiać tyle Eucharystii, ile będzie potrzeba, bo tutaj ta moja Ukochana czuje się opuszczona. Wspomnę jeszcze, że w Tychach wypisano mnie kiedyś na cztery Mszę święte. Wszystkie odprawiłem z radością.

Pomoc dla Kościoła na Wschodzie oprócz wersji „open” (codzienna zdrowaśka) posiada także wersję „dla orłów” (codzienna zdrowaśka, coroczne przejście szlakiem małej trzódki na Wschodzie i Eucharystia na Wiktorówkach w intencji pracujących na misjach). Do letnich wakacji czas zleci szybko!