Chciałem dzisiaj wstać wcześnie, ale kilkudniowe zmęczenie wzięło górę. Miałem w planie wyjazd do Kokszetau na spotkanie dekanalne. Zamierzałem przy okazji załatwić kilka spraw. Wyjechałem później niż planowałem.
Całą drogę oswajałem się z myślą, że nie zdążę do przerwy obiadowej dopełnić formalności w urzędzie. W kaplicy dałem słowo, że będę dbał o rzeczy małe. Miejscami chciałem „pogazować,” ale skończyło się na grzesznych myślach. Rzadko zatrzymuję się autostopowiczom, a tym razem wziąłem dwie kobiety. Do miasta wjechałem tuż przed przerwą obiadową. Przy dojeździe do przedostatnich świateł postanowiłem sobie, że jeśli zmieni się sygnalizacja to będzie znak, żeby zająć się innymi sprawami. O dziwo, udało się przejechać! Podwiozłem panie na bazar i pojechałem do urzędu. Na parkingu zorientowałem się, że mój zegarek spieszy aż 10 minut. Ostatecznie zdążyłem ze wszystkim. Nie mogłem się nadziękować. Najbardziej cieszyło mnie to, że byłem wierny małym rzeczom. Droga powrotna była równie cudowna. Wyjeżdżałem z Kokszetau później niż chciałem. Mimo spóźnienia odebrałem meble dla sióstr. Wiem, że bardzo zależało im na nich. W Schuchinsku zaniepokoił mnie odgłos silnika. Nie mogłem wrzucić drugiego biegu. Dojechałem na jedynce. Na miejscu okazało się, że urwał się silnik. Dziękowałem Bogu, że zdarzyło się to tuż przed domem.