+48 606 283 414 larafal@interia.pl

Są słowa, które nas rodzą, ale są też i takie, które nas zabijają. Często nie zdaję sobie sprawy, ile razy moi rozmówcy rodzili się podczas wypowiadanych przeze mnie słów, a kto z nich umarł. Uświadamiam to sobie, ponieważ sam padłem ofiarą. Niby wszystko jest tak, jak powinno: budzę się, odprawiam Eucharystię, spełniam codzienne obowiązki, chodzę, uśmiecham się… ale w głębi siebie nie żyję, umarłem. Myślę o Jezusie… Rozumiem, że był niezrozumiany przez większość. Niezrozumiany w swojej misji – gwarantującej zbawienie, czyli to, co jest najgłębszym marzeniem każdego człowieka. Nie szukam usprawiedliwienia dla swojego postępowania. Były w nim jednak jakieś nikłe ślady, próby naśladowania Mistrza. Przy całej swej grzeszności, słabości, nie mogę się wyprzeć, a tym bardziej zanegować tego. A jednak nie zostałem zrozumiany. Mało tego – nawet moje słowa obróciły się przeciwko mnie. Usłyszałem coś, czego nigdy nie spodziewałem się usłyszeć. Usłyszałem to od kogoś bardzo ważnego dla mnie. Mimo tego nie stał się dla mnie mniej ważny, a jednak umarłem… Gdybym miał taką możliwość – kupiłbym bilet, spakował, co najpotrzebniejsze i zwinął bardzo daleko… Bóg pewnie to przewidział i uniemożliwił obecnymi okolicznościami, osobami, zadaniami… Nie mogę sobie pozwolić na coś takiego… Wczoraj oddałem ostatni wydech i skonałem. Dzisiaj słucham, ale nie słyszę… Patrzę, ale nie widzę…