+48 606 283 414 larafal@interia.pl

Miłość bliźniego nie powinna opierać się na uczuciach, ale na czynach. Także na mojej drodze pojawiają się osoby, które drażnią. W takich przypadkach nie ma szczególnego wyboru. Pozostaje antypatia albo miłość. Noszę świeżo w pamięci sytuację, którą uznaję za przełomową w moim życiu. Miałem okazję mieszkać pod jednym dachem ze znajomym, który strasznie grał mi po nerwach swoją postawą, byciem, zachowaniem. Przygotowałem scenariusz na rozmowę i definitywne postawienie sprawy, że nie ma sensu jeździć na wspólne wyjazdy, a znajomość przekształcić w okazjonalną. Nie doszło do tej rozmowy, ponieważ w porę stanąłem w prawdzie przed samym sobą. Zrozumiałem, że realizacja zamiaru byłaby zamachem na miłość, którą przyjmuje do swojego serca każdego dnia; miłość, która daje mi poczucie szczęścia i spełnienia; miłość, która jest zdolna kochać ponad wszystko. Zrozumiałem to wszystko, bo z jednej strony miałem przed oczami siebie jako ofiarę wybrakowanej miłości, a z drugiej strony w moim wnętrzu była świadomość, że tylko darmowa miłość zapewni szczęście tej osobie, a być może przyniesie jej także upragnione uzdrowienie. Zwycięstwo zrodziło się w moim sercu, a z czasem dotknęło także pamięci i woli. Sam niejednokrotnie przekonałem się, że pamięć i wola są najbardziej zawodne w miłości. Jeśli miłość nie ma swojego korzenia w sercu człowieka, a jedynie w pamięci i sferze wolitywnej, to nie ma mowy o łatwym odrodzeniu miłości. Od tego znajomego otrzymałem przecież tyle dobra, wyrazów solidarności, ciepła, bezinteresowności i to wszystko w jednej sekundzie trysnęło jak bańka mydlana; przestało istnieć, a w pamięci powstała czarna dziura. Wola również odwróciła się od tej osoby. Widocznie bazowała na naturalnych uczuciach, naturalnym pociągu. Kierowała się sympatią, która nie jest miłością. Jedynie serce nie dało się oszukać. Była chwila dezercji, ale nie było poddania, złożenia broni. Być dla… to myśleć i chcieć sercem kochanym przez Boga. Inaczej tego nie widzę. Pamięć i wola zawodzą, a uczucia są jak przyprawy; potrzebne do smaku, ale bez wartości odżywczych. Jedynie serce jest zdolne poświęcać się w trudnych, dręczących relacjach. Jedynie z serca płynie pomysł, że dla przetrwania miłości trzeba się budować najmniejszym nawet dobrem ze strony bliźniego. Gdyby dziwiło mnie dobro drugiego, oznaczyć by to mogło skreślenie go z listy osób rozwijających się duchowo. Są przecież ludzie tak zepsuci, że zauważone u nich dobro dziwi, bo już nikt niczego dobrego od nich nie oczekuje. Radowanie się zauważoną miłością jest przejawem naszej miłości do nich, a także drogą do jej umocnienia. Miłość bliźniego w trzech wymiarach (znosić błędy innych, nie dziwić się wcale ich słabościom, budować się nawet najmniejszymi dobrem z ich strony) jest dla mnie gotowym scenariuszem na każdy dzień. Dostrzegam potrzebę częstego powtarzania swojej roli, bo pamięć szybko zapomina, a woli często się nie chce. Codzienna adoracja, różaniec i Eucharystia są przestrzenią, która wyrównuje straty.