+48 606 283 414 larafal@interia.pl

Wyjazd na miasto był dla mnie powinnością, a dla siostry zwiedzaniem. Naszym celem było dopełnienie czynności registracyjnych i zakupy. Pojechaliśmy na rynek. Siostra myślała o tym miejscu dosłownie, a w Kazakstanie rynek to zwyczajny bazar. Ciekawe są te rozmowy ze sprzedawcami stoisk. Wypytują o pochodzenie, profesję. Cieszą się, że mamy pozytywne zdanie o ich kraju. Nie obchodzi się bez tematu związanego z wiarą i Kościołem. Spotkałem się z nową reakcją na wiadomość, że jestem księdzem. „A gdzie u was ta specjalna szata?”
Przez tydzień gościliśmy narzeczonych z południa Kazakstanu. Każdy dzień kończyliśmy długimi rozmowami. Przyjechali do nas, żeby umocnić swoją wiarę i porozmawiać o sakramencie małżeństwa. Zaczynają poważnie myśleć o wspólnej drodze. Chcieli znać moje zdanie na temat życia małżeńskiego i rodzinnego. Nie byłem przygotowany do rozmowy. Potrzebowałem dłużej chwili na pozbieranie myśli. Rozpocząłem od tematu związanego z ojcostwem. Wskazałem, na czym polega jego brak. Można fizycznie być, ale to nie znaczy, że się jest na miarę oczekiwań drugiego człowieka. „Ojciec”, „tata” – to słowa bardzo zobowiązujące. Ojcostwo jest jak promieniowanie; wprowadza światło w świat młodego człowieka. Gdzie dociera i przedziera się, tam gwarantuje młodej osobowości dojrzałość i równowagę. Przez kryzys ojcostwa rozumie się brak obecności ojca w świecie dziecka. W efekcie dojrzewającemu dziecku pozostają lekcje do odrobienia. Mówiąc obrazowo – ojcostwo jest jak krochmal. Z założenia Bożego, ojcostwo powinno utwierdzić wszystkie wymiary życia ludzkiego. W praktyce bywa różnie. Dominuje poważny brak obecności ojca. On sam w sobie nie jest taki zły. Najgorszy jest brak świadomości tego braku, brak prawdy o sobie, otwartości na tę prawdę. Wiele – dla poprawienia tej sytuacji – dokonuje się przez Kościół, ruchy i stowarzyszenia katolickie. Potem skupiłem swoją uwagę na małżonkach. Powinni być dla siebie przyjaciółmi. Powinni znać prawdę o sobie, także swoich brakach. To są główne obszary, w których powinni się uzupełniać. W tym uzupełnianiu jest wiele z miłości do końca. Można przed wyzwaniem miłości do końca rozłożyć ręce i w ten sposób pokazać, że jej nie posiadam, nie mam jej w sobie. Można też pokornie złożyć ręce i zaprosić tę miłość do swojego życia w osobie Jezusa. Stąd pomysł na sakrament, który w praktyce życia jest Bożym kanałem dla tego rodzaju miłości. Mądrość ukryta jest także w myśli, że nie rodzina, a właśnie małżeństwo jest sakramentem. Bywa, że rodzice przenoszą swoją miłość z męża na dzieci. Prawem rodziny jest, że dzieci przychodzą na świat i odchodzą w pewnym momencie, żeby zakładać własne rodziny, realizować życiowe powołanie. Dzieci odchodzą, a rodzice nie potrafią żyć w zgodzie ze sobą, rozmawiać. Są dla siebie obcy. To efekty błędnego rozumienia miłości małżeńskiej. Jest jeszcze głębszy powód, żeby być dla siebie przy dzieciach. Dzieci czują się bezpieczne, kiedy są świadkami czułych gestów i słów. To były główne myśli naszej ostatniej wieczornej dyskusji.