+48 606 283 414 larafal@interia.pl

W tym roku miałem dość ambitne plany odnośnie Tatr. Kondycja i pogoda zweryfikowały moje zamierzenia. Jestem jednak bardzo zadowolony z pobytu w górach. W zasadzie był to jedyny wyjazd podczas tegorocznego urlopu. Czuję, że odzyskałem siebie. Jest to dla mnie bardzo ważne! Dnia 27 sierpnia 2010 roku zdobyłem Rysy. Byłem czwartą osobą na szczycie w tym dniu. Wstałem w środku nocy. W wyprawie wzięły udział także dwie siostry zakonne Weronika i Rufina oraz Beata. Rozpoczęliśmy od Eucharystii, szczytu naszego chrześcijańskiego życia, po której udaliśmy się na najwyższy szczyt Polski. Sam Najwyższy chciał, żebyśmy tam byli. Do Morskiego Oka podwiózł nas pracownik parku. To było niesamowite. Zaoszczędziliśmy sporo czasu i sił i przed 7.00 byliśmy już w drodze na Czarny Staw. Wiedzieliśmy, że po południu pogoda miała ulec załamaniu. Nie spodziewałem się, że stanie się to już przedpołudniem. Zdjęcia zostały wykonane na 10 minut przed śnieżycą. Schodziłem w śniegu, zimnie i deszczu, ale z wdzięcznym i radosnym sercem, że mogłem tam być.

W dniach 16 do 18 sierpnia 2010 roku odbyłem wyprawę w umiłowane Tatry. Już w pierwszy dzień pani przy kasie z biletami stwierdziła, że jestem urodzony dla gór. Poprawiłem ją, że raczej zapalony. W te dni wędrowałem sam, chociaż wiem, że duchowo towarzyszyło mi wiele osób. Na każdy szlak brałem ze sobą intencję. Najdłuższe odcinki to były te najtrudniejsze, kiedy organizm odmawiał dalszego chodzenia. Przypominała mi się wówczas treść intencji i wszystko było wiadome. Góry są też dla mnie przestrzenią, gdzie odzyskuję siebie. Myśli z łatwością wędrują do Boga, Jego słów, są mniej podatne na wpływ spraw bieżących, życiowych wyzwań i problemów. Pewnie wysokość robi swoje! Góry stają się moimi, kiedy zdobywam je w pocie czoła i cierpieniu. Nie stają się moimi, kiedy na nie wyłącznie spoglądam, ale czasem nie mam innej możliwości, jak właśnie spojrzeć, by wrócić myślami w te miejsca.
Przeczytaj również Spustoszenie górskie