W kościele Maryi, Królowej Rodzin w Kazachstanie było pięć skarbonek. Cztery były przeznaczone wyłącznie na intencje modlitewne, a jedna na ofiary. Taka proporcja. Pierwsza skarbonka znajdowała się pod obrazem bł. Władysława Bukowińskiego, apostoła Kazachstanu i była przeznaczona na bieżące intencje, jak prośba o znalezienie pracy, zdanie egzaminu, szczęśliwą podróż… Druga znajdowała się pod ikoną św. Rodziny i była przeznaczona dla małżeństw i rodzin. Trzecia znajdowała się pod ikoną Matki Bożej z Gwadelupe i była przeznaczona m.in. dla małżonków starających się o potomstwo i z jakiś tam poważnych przyczyn nie mogących go posiadać. Tutaj pozwolę sobie na małą dygresję. Z tej skarbonki poczęło się dwadzieścia czworo dzieci. To dwie drużyny piłkarskie. Niektóre pary modlili się przez kilka lat. Obok tej ikony są wota w postaci wózeczków, na których zostały wygrawerowane imiona tych dzieci, a w archiwum parafii przechowywane są świadectwa rodziców potwierdzające ich uporczywą modlitwę. Czwarta skarbonka znajdowała się pod ikoną św. Rity i ta cieszyła się największym powodzeniem. Średnio do tych czterech skarbonek lądowało miesięcznie ok 300 karteczek. Lubiłem wieczorami siadać w ławce i czytać te prośby, modlić się w tych intencjach, odprawiać Msze święte za ludzi, którzy zanosili do Boga swoje modlitwy. Dlaczego o tym opowiadam?
Bardziej zorientowanych w dzisiejszej liturgii słowa pewnie zdziwiło, że nie skończyłem tej ewangelii na wersecie 14, jak to jest przewidziane w lekcjonarzu, ale jeszcze doczytałem trzy następne wersety (o dzieciach). Nie bez powodu, bo Łukasz, w przeciwieństwie do innych ewangelistów, zrobił coś niesamowitego. Wątek o dziecięctwie wobec Boga umieścił w szczególnym momencie – właśnie po przypowieści o modlitwie. Jest to bardzo ważny klucz do interpretacji przypowieści o faryzeuszu i celniku. Faryzeusz nie ma w sobie nic z dziecka. Nic. Celnik tak. Celnik wie, co znaczy być dzieckiem.
Pozwolę sobie na daleko idącą interpretację tej przypowieści o faryzeuszu i celniku. Odnoszę wrażenie, że ona charakteryzuje dwa oblicza Kościoła: tradycyjnego i misyjnego. Po modlitwie ich poznacie, na ile są dziećmi wobec Boga. Pytanie: do którego Kościoła jest mi bliżej?
Św. Augustyn, interpretując tę przypowieść zwrócił uwagę na pewien szczegół, którego nie widać tak od razu w polskim tłumaczeniu. W oryginalnym tekście greckim jest dosłownie: „Faryzeusz, stanąwszy, zwrócony do siebie, tak się modlił: Boże…”. Nasze tłumaczenie natomiast mówi, że modlił się „w duchu”, czyli po cichu. Cały ciężar oryginału jest zawarty w tym, że faryzeusz przyszedł do świątyni, ale zwraca się do siebie. Mówi „do siebie”, nie po cichu, ale do siebie mówi „Boże”.
Jan Paweł II pod koniec swojego życia miał właściwie tylko jedną definicję modlitwy. Im był starszy, tym częściej tylko tę definicję powtarzał: modlitwa jest oglądaniem twarzy Jezusa. Patrz Jezusowi w twarz. Definicja Jana Pawła II mówi, żebyś nie patrzył na siebie, lecz na Jezusa, naprawdę jest to ciekawszy obraz. Ale „patrzenie na siebie” jest tylko fragmentem postawy faryzeusza. Bo jest tutaj jeszcze sprawa inna – faryzeusz modlił się do siebie, mówiąc „Boże”.
W mojej rodzinnej parafii, tradycyjnej rzecz jasna, rozmawiałem kiedyś z kancelistką o intencjach mszalnych. Dociekałem, skąd to się wzięło, że ta informacja o ofiarodawcach jest nieraz bardziej obszerna niż za kogo się modlimy. Powiedziała coś, co mnie zasmuciło: księże, dla ludzi nie ważne jest to, za kogo się modlimy, ale ważne jest to, kto tę intencję zamówił. Idąc za ciosem można by powiedzieć, że taka wspólnota i bez Jezusa mogłaby się obejść. Faryzeusz do siebie zwracał się tak, jakby to on był sam dla siebie zbawicielem. Na to jest położony w tekście najmocniejszy akcent. Jezus spuentował tę przypowieść następująco: „Celnik odszedł do domu usprawiedliwiony, nie tamten”. Tylko ten misyjny Kościół, Kościół modlący się, przyjmuje Królestwo Bożej jak dziecko.
Co chciałbym przemycić z Kościoła tradycyjnego do Kościoła misyjnego? Z pewnością kremówki! Każda dodatkowa złotówka przeznaczona na zakup kremówek z Wadowic przysłuży się do reaktywacji muzeum misyjnego przy naszej parafii. A co chciałbym przemycić z Kościoła misyjnego do tradycyjnego? Pewnie znacie napięcie, z jakim oczekuje się w rodzinach na pierwsze słowo, które wypowie nowo narodzone dziecko. Na kazaniach mówi się pięknie, że pierwsze słowo dziecka to „mama” albo „tata”. Chyba jednak nie zawsze. Pierwsze słowo, jakiego uczy się dziecko, brzmi: „daj”. I powtarza je często, dopóki nie wydorośleje. Dorosły człowiek ma z tym problem – wie, że w świecie dorosłych nie ma nic za darmo. Musi albo zarobić, albo pożyczyć, a potem oddać z nawiązką. Chciałbym przemycić do naszej wspólnoty, że przed Bogiem będziemy dziećmi, które nie wydorośleją z tego „daj, daj…”. W poprzednim kazaniu zachęcałem was do dziesiątki różańca, mówiąc językiem dzisiejszej ewangelii: jednego „daj” dziennie. Zapisało się dziesięć osób. A wiecie, ile ludzi trzeba zamienić? Jeszcze pięćdziesiąt! Nie wiem, czy to strach przed zobowiązaniem nas tak paraliżuje, a może wydorośleliśmy z modlitwy? W cienkiej pt. Czyściec i pomoc duszom czyśćcowym, która pojawiła się na stolikach z prasą, znalazłem ciekawą myśl na str. 14: „Często usprawiedliwiamy się brakiem czasu; ale kiedy uświadomimy sobie, iż odmówienie jednej dziesiątki różańca zajmuje ok. 200 sekund, zobaczymy, jak płytka jest ta wymówka. 200 sekund, a ileż łask można wyprosić żyjącym i zmarłym!”
Ufam, że ta dzisiejsza ewangelia chwyci was bardziej za serce, na co mówię Amen.