+48 606 283 414 larafal@interia.pl

Przez ostatnie dni pochłaniają mnie zajęcia, które powodują wyobcowanie. Zakupy. Pomiary. Remonty. Porządki. Wybór materiałów budowlanych. Na wszelkie sposoby próbuję wykrzyczeć, że nie widzę się w tej roli. Czuję się wyjałowiony, pusty, rozproszony. Z poszarpanego wnętrza dobiega ledwo słyszalny szept: „Ty mi zbudujesz dom”. Dzieje się to najczęściej wtedy, kiedy wznoszę serce do Boga. Cieszę się, że jest przynajmniej ta jedna godzina spędzona w kaplicy. Nie chcę z niej rezygnować. Będę wstawać wcześniej, żeby zachować ten czas. Wydaje mi się, że nowość sytuacji jest przyczyną mojego rozbicia. Jakoś nie potrafię pogodzić się z faktem, że modlitwa może być w trakcie zajęć, że budowa Bożego domu może być modlitwą. Przechodzą mi te myśli przez serce, ale zachowuję wobec nich dystans. Najczęściej budzę się z wołaniem na ustach: „Boże, nie ma we mnie miłości!”. Wiem, że ten mój krzyk zawiera w sobie niepojętą dawkę nadziei. „Pokładam nadzieję w Bogu, ufam Jego słowu”. Ostatnio wprowadziłem dodatkowy psalm wezwania. Rozpoczynam dzień od słów: „Zmiłuj się nade mną Panie, bo zgrzeszyłem przeciw Tobie” (Psalm 51). Odmawiam go w całości na progu każdego dnia. Świadomość bycia kochanym polega na tym, że ja żyję z miłości. Jeśli nie zatroszczę się w porę o miłość, nie żyję, nie istnieję. Próbuję myślą ogarnąć te wszystkie momenty wypłukane z życia. Szybko rezygnuję z tego przedsięwzięcia! Przeciw miłości jest dołowanie się, rozpacz, schodzenie w dół. Wolę uznać swą niemoc, małość i nie wstydzić się setnego, a może tysiącznego: „Zmiłuj się nade mną, grzesznym”.