„Z dzisiejszego kryzysu wyłoni się Kościół, który straci wiele. Stanie się nieliczny i będzie musiał rozpocząć na nowo, mniej więcej od początków. Nie będzie już więcej w stanie mieszkać w budynkach, które zbudował w czasach dostatku. Wraz ze zmniejszeniem się liczby swoich wiernych utraci także większą część przywilejów społecznych. Rozpocznie na nowo od małych grup, od ruchów i od mniejszości, która na nowo postawi wiarę w centrum doświadczenia. Będzie Kościołem bardziej duchowym, który nie przypisze sobie mandatu politycznego, flirtując raz z lewicą, a raz z prawicą. Będzie ubogi i stanie się Kościołem ubogich. Wtedy ludzie zobaczą tę małą trzódkę wierzących jako coś kompletnie nowego: odkryją ją jako nadzieję dla nich, odpowiedź, której zawsze w tajemnicy szukali”. (ks. J. Ratzinger)
Droga do spełnienia się tych słów już puka do naszych drzwi. Odnoszę wrażenie, bazując na moich obecnych doświadczeniach, że kondycja Kościoła jest w opłakanym stanie. Pomijam całkowicie afery i co gorsza – reakcje na panoszące się zło. Tutejszy Kościół jest monotonny, szablonowy, osierocony, bez ewangelicznego ducha… Czy ktoś jeszcze pyta Ducha Świętego o wizję danej wspólnoty? Wszędzie jedna i ta sama matryca: fatimka, te same nabożeństwa, te same grupy, te same przedsięwzięcia, to samo podejście, rutyna… Duchowni bez „wypłyń na głębię”, ale za to „odpłyń” od życia wspólnot… charytatywność akcjonariuszy… od paczki do paczki… od świeczki do świeczki…