+48 606 283 414 larafal@interia.pl

Tutejsza rzeczywistość wymaga dystansu. Przekonałem się o tym na konkretnym przykładzie. Związałem pewne cele z obecnością Łukasza. Sprowadzają się głównie do remontów i budowy. Do wizji celu dołożyłem wizję drogi, tzn. wyznaczyłem czas na realizację zadań, dołożyłem starań na pozyskanie potrzebnych materiałów. Życie toczy się swoim rytmem, a człowiek jest zbyt słaby, żeby ten rytm przyspieszyć albo opóźnić. Nawet jeżeli masz wrażenie, że gdzieś zyskujesz, to jednak później się okazuje, że był to zapas dla innej inicjatywy. Z każdą minutą nabieram przekonania do tych odkryć i czuję się z nimi dobrze, co jest miarą ich prawdziwości i słuszności. W tym planie zapomniałem np. o kondycji drugiego człowieka. Łukasz mógł przyjechać i przez czas pobytu chorować. Wówczas niczego nie udałoby się zrobić, a moglibyśmy przez to bardziej stać się przyjaciółmi albo zanegować naszą relację. Ta sytuacja jest jedynie luźną refleksją, ale oddaje istotę doświadczenia. Prawdą jest, że przeliczyłem się nie tyle z możliwościami człowieka, ale możliwościami materiału. Dla przykładu: zakładasz położenie gładzi gipsowej i pomalowanie ścian, a w trakcie prac odkrywasz, że coś dodatkowego trzeba podreperować czy wymienić. Dla tych prac czas się nie zatrzymuje, a zaczyna go brakować dla założonych celów. Wówczas w człowieku wzmaga się stan podwyższonej gotowości emocjonalnej. Nie ma nic gorszego, jak dla własnych planów poświecić relację, a w naszym wypadku dzień przeżywany z radością i humorem. Nie można temu ulegać, nawet gdyby w rachubę wchodziło niezrealizowanie projektu. Nigdy cel nie może stać się ważniejszy od środka do celu, jakim jest człowiek, przyjaźń, zdrowie i życie innych. Są wartości, których nigdy nie powinno się wykorzystywać do najszlachetniejszych celów, gdyż z obiektywnego punktu widzenia coś bardzo szlachetnego może okazać się chorą ambicją. Takie działanie nikomu nie wychodzi na dobre, ale spisuje wszystko na straty. Jest jeszcze inny powód, żeby właśnie tak sądzić. W pewnym momencie otrzymałem dobrą radę: nie rób tak dużo, bo zaczną Cię kojarzyć z pieniędzmi. Otrzymałem już sygnały, które potwierdzają prawdziwość takiego odbioru przez tutejszych. Na przykład: sami proponują dodatkowe remonty, unowocześnienia bez pytania o środki. Dajesz palec, oni chcą rękę. Całkowita niedojrzałość, zupełne niezrozumienie, pierwsze sygnały, że sprawa nie idzie w dobrym kierunku. Inny przykład: chciałem wesprzeć finansowo młodego człowieka. Zakończył studia, szuka pracy. W zasadzie nie prosił mnie o pomoc, ale zaproponowałem mu pracę. Ustaliliśmy warunki i wysokość wynagrodzenia. Działanie prawidłowe, a jednak… To, co jest typowe i normalne w warunkach europejskich, będzie tutejszym za jakiś czas. Może chcieliby(-śmy) szybciej, ale zmiany w mentalności mają swój rytm i czas. Zostało jeszcze kilka dni do zakończenia pracy, a dzisiaj słyszę od niego, że czas jego pracy upłynął. Reaguję ze zdziwieniem, a nawet zdenerwowaniem. Siadamy do rozmowy, zaczynamy wszystko obliczać, rozpisywać, wyjaśniać. Niby wszystko było jasne i czytelne. Taka mała wspólnota, a tu zaczyna ktoś widzieć we mnie pracodawcę zamiast księdza. A nuż pogniewa się na Kościół, poczuje się oszukany i zraniony. Martwi mnie to, że może już więcj nie kojarzyć mojej osoby z sakramentami, ale jedynie z finansami. Zupełnie tak, jak nie chciałem.