+48 606 283 414 larafal@interia.pl

Pierwsze zdanie celebransa do dzisiejszej świątecznej liturgii brzmiało: „Przypominam, że przy ławkach znajdują się śpiewniki, które mają swój cel”. Zrodziło się w sercu uczucie, że dla słuszności sprawy forma i moment uwagi bardziej zaszkodziły niż pomogły. Zaraz za tą myślą ustawiała się kolejna dotycząca królowania mojego Pana i Zbawiciela. Jezus nie zdobywał ludzkich serc przez rzucenie ognia na ziemię, ale przez całkowite oddanie siebie. Już nie potrafię się doczekać, kiedy we wprowadzeniu do liturgii powiem zgromadzonym: „dobrze, że jesteście”. Wiem, że celebrans nie jest złym człowiekiem, ale w tym razem nastrojowość wzięła górę. Wiem też, co znaczy nie mieć nastroju, nie być w humorze, wstać lewą nogą z łóżka. Sam niejednokrotnie przyłapuję się na tym, że bywam nastrojowy. Okazuje się, że jest to zmora dla relacji z Bogiem i człowiekiem. Nastrojowość przychodzi znienacka, czasami z przebudzeniem. Wczesne wykrycie, uświadomienie sobie swojego stanu, może bardzo pomóc samemu nosicielowi. Z pomocą przychodzi Słowo Boże, które dostarcza wiedzy o syndromie nastrojowości, czyli szemraniu. Człowiek zaczyna wewnętrznie i w sposób negatywny przeżywać wydarzenia, które go czekają w ciągu dnia, jak praca, spotkania, podróż, albo snuje pesymistyczne konsekwencje swoich działań. Nastrojowość jest jak szachownica. W przeciągu kilku minut może przesądzić o zwycięstwie albo przegranej; powodzeniu bądź porażce spotkania, relacji itp. Szemranie czyni człowieka ujemnie naładowanym, zdominowanym przez wewnętrzne konflikty i napięcie. Czujesz się jak drzemiący wulkan. Nie wiele trzeba, żeby wybuchnąć. Ładowanie siebie pranym paliwem jest grzeszne. Co innego jest walczyć, szamotać się z Bogiem, a czym innym jest wewnętrzne zmaganie z sobą bez Jego udziału. Jest to postawa anty-eucharystyczna, przeciwna miłości. Ofiarą jest Bóg, człowiek, przyjaźń, relacje. Rodzi się pytanie o źródła nastrojowości. Bywa, że jest naturalnie wpisana w człowieka. Dość powszechna jest opinia, że ludzie ze Wschodu są bardzo nastrojowi, uczuciowi. Jednego dnia potrafią człowieka „zalizać”, a w następnym udają, że nie widzą. Uważa się też, że nastrojowość to przejaw pożądliwości, a tej z kolei nie da się nasycić dobrami nadprzyrodzonymi. Nastrojowość częściej zagraża osobom żyjącym w samotności, kapłanom, siostrom zakonnym. Należy ją odbierać jako pewnego rodzaju niedorozwój, pozostałość z wieku szczenięcego. Nastrojowość jest naturalna i zrozumiała dla człowieka dojrzewającego. Tu przejawia się w podążaniu za namiastkami, co świadczy o braku wyraźnego rozróżniania pomiędzy tym, co głębokie i wartościowe od tego, co płytkie i ulotne. Najmniejsze porażki albo sukcesy są przez młodą osobę przeżywane dość spontanicznie, czasami w sposób przesadny. Nie jesteśmy w stanie całkowicie wyzbyć się nastrojowości. Jest jednak droga, która prowadzi do posiadania tego stanu w zdrowych proporcjach. Droga ta prowadzi przez trudne doświadczenia, porażki, zawody, a bardziej przez ich refleksyjną analizę. Człowieka uszlachetnia cierpienie, czyli współpraca z łaską. Zdobywanie łaski wiążę się przecież z ciągłym przekraczaniem siebie i przyznawanie przed sobą, że bez miłości podarowanej jestem niczym. Nastrojowość daje człowiekowi nieźle popalić. Dobrze, że tym człowiekiem jest dzisiaj częściej moja osoba, a nie jak kiedyś, przyjaciel czy drugi człowiek.