Zwyczajna sytuacja z niezwykłym finałem spotkała mnie na placówce misyjnej.
Pastor Kościoła protestanckiego chciał kupić nasz parafialny samochód. Podczas rozmowy zaniepokoiło mnie jego podejście: „jeśli Kościół sprzedaje, to auto musi być pewne”. Szybko wyprowadziłem go z takiego myślenia: „nawet gdyby sam papież sprzedawał, to auto musi sprawdzić mechanik”. Odwiozłem samochód pod wskazany przez niego adres warsztatu i po dokładnej diagnostyce kupił je od ręki. Po miesiącu poprosił o rozmowę. W trakcie spotkania okazało się, że samochód się zepsuł i on oczekuje, że weźmiemy na siebie koszty naprawy. Stanowczo zaprotestowałem. Przecież było sprawdzane przez jego mechaników. Obawiałem się, że całe to zajście pogorszy relacje pomiędzy naszymi kościołami, które na tamten moment układały się bardzo dobrze. Na zakończenie spotkania pastor zaproponował wspólną modlitwę, żeby w sercu nie pozostała zadra, żeby nie było nam wszystko jedno, ale żebyśmy dalej byli jedno. Od tamtego momentu wpadaliśmy na siebie co chwila przy różnych okazjach. Nie było krzywych spojrzeń, uników, traktowania jak powietrze. Odnosiłem wrażenie, że ta modlitwa nadała wigoru tej jedności pomiędzy naszymi kościołami.
Wracając do tej modlitwy pamiętam dokładnie słowa, które tam padły. „W imię Jezusa ukrzyżowanego, niech będzie jedność pomiędzy nami”. Dla nas w tej modlitwie nie ma nic niezwykłego, ale w ustach protestanta ta modlitwa nabiera niezwykłego znaczenia. Protestanci preferują pusty krzyż, który symbolizuje zwycięstwo Chrystusa nad śmiercią, a nie ukrzyżowanie. Nie wiem, dlaczego ten protestant modlił się w ten sposób, ale wiem jedno, ta modlitwa, nie inna, sprawiła, że nie było nam wszystko jedno, ale pozostaliśmy dalej jedno.
Treść tej modlitwy oddaje dzisiejsze słowo Boże!
Św. Hieronim, który przetłumaczył Pismo św. na łacinę, miał niezwykłe wyczucie Jezusowych pragnień. Słyszeliśmy to zdanie: „Chrzest mam przyjąć, i jakiej doznaję udręki, aż się to stanie”. W tym zdaniu na pierwszy rzut oka nie ma nic niezwykłego, a św. Hieronim użył tam słowa „jaki jestem ujarzmiony, obezwładniony” co wskazuje, że on ma taki obraz Chrystusa, że dopóki nie wejdzie w ukrzyżowanie, On jest ograniczony w swoich możliwościach. Udręką dla Jezusa nie jest godzina śmierci, ale to, że ona nie przychodzi, bo gdyby przyszła, to wszystkie te możliwości, które on przynosi na świat, eksplodują jak wulkan. Kiedy Jezus wejdzie w godzinę męki, to z niego eksploduje ogień, który ogrzeje najbardziej zziębnięte serca. My słuchając tego tekstu, obawiamy się o Jezusa i o to, co z nim będzie, a św. Hieronim przeżywa to, że Jezus bez wejścia w ukrzyżowanie, jest ograniczony w swych możliwościach, jest jak wygasły wulkan.
„Przyszedłem ogień rzucić na ziemię i jakże pragnę, ażeby już zapłonął”. Niezwykłe wytłumaczenie tego ognia, znalazłem u Tertuliana. Tertulian to jest koniec II wieku. On mówi, że ten ogień to jest miłość. Mówił Chrystus o miłości: przyszedłem ogień rzucić na ziemię.
Św. Grzegorz Wielki w homilii na Pięćdziesiątnicę mówił tak: „Pan chce, rzucić Ogień, ponieważ przychodzi do ludzi o zamarzniętych sercach. Kiedy spotykasz człowieka o śmiertelnie wychłodzonym sercu i organizmie, nie mów mu, że mu zimno. Tylko go ogrzej!
„Zamarznięte serce” to synonim człowieka, który stał się niezdolny do miłości – przez zadrę, przez uprzedzenie, przez podział, przez wszystko mi jedno, przez dajcie mi święty spokój… nie mów takiemu sercu, że jest mu zimno. Tylko je ogrzej!
Czy tacy ludzie żyli tylko w czasach Jezusa? Albo Jeremiasza? Czy nie widzicie ich obok siebie? Czy nie widzicie ich w lustrze?
„W imię Jezusa ukrzyżowanego…” – niech każdy dokończy tę modlitwę wg własnej potrzeby.