+48 606 283 414 larafal@interia.pl

Panie, naucz nas modlić się!

Prowadziłem internat dla studentów – wspominałem o tym podczas ostatniego kazania.

Na starcie każdemu było wprost oznajmione, że uczestniczy w modlitwach naszego domu. Dla nikogo nie był to problem. Kiedy zasiadaliśmy wspólnie do posiłku, zawsze odmawialiśmy modlitwy. Czasami ja prowadziłem, czasami student prowadził albo modliliśmy się w ciszy.

Po okresie modlitwy w ciszy, coś mnie tknęło, żeby zaproponować prowadzenie nowo przyjętemu. I wyglądało to mniej więcej tak: 1,2,3,4,5. Amen. Co to było? – zapytałem. Tyle to mnie więcej trwa! A modlitwa? Nie znam tej modlitwy. Moi rodzice nie chodzą do kościoła. Nie uczyli nas w domu modlitw. A dlaczego nie przyznałeś się do tego? Robiłem to, co wszyscy. Nie chciałem być gorszy.

Jesteśmy zbulwersowani zachowaniem ludzi, również tym religijnym. Wychodzimy z błędnego założenia: to oczywiste, oni to muszą wiedzieć, a skąd mają to wiedzieć, jeśli ich tego nikt nie nauczył.

Inna kwestia: czego my uczymy. Znajomi podesłali mi zabawny filmik. Dziecko pyta ojca: tato, tato, a to prawda, że my pochodzimy od małp? Nie córko, my pochodzimy od Boga, a kto ci to powiedział? Mama, mama to powiedziała – i na tym samym wdechu dziecko dokończyło – ona chyba miała na myśli swoich przodków…

Dzieci wchłaniają jak gąbka. Dla nich rodzice są całym światem i to one najczęściej wsypują rodziców, co mówią o Bogu. Czy w ogóle się mówi w domu o Bogu i czy się modlą?

Na misjach ludzie prosili o chrzest. Zawsze pojawiał się ten sam problem – brak odpowiednich kandydatów na rodziców chrzestnych. Albo nie byli ochrzczeni, albo nie mieli bierzmowania, albo żyli w związkach niesakramentalnych. Już to mamy u nas! W parafii byli dyżurni, którzy brali na siebie obowiązki rodziców chrzestnych. Niektórzy mieli po 10 chrześniaków.

Kiedyś wchodzę do kościoła. Patrzę Eugeniusz, 25-letni parafianin z małym chłopcem. Skąd to dziecko? – pytam. To mój chrześniak, już jest taki duży. Dogadałem się z rodzicami, że raz w miesiącu będę przychodził z nim do kościoła. Jak on pięknie opowiadał temu chłopcu o Jezusie. Ja bym tak nie potrafił. A ten mały co chwila chciał dotknąć krzyża i całować Matkę Bożą.

W liturgii chrzcielnej pada takie pytanie: Prosząc o chrzest dla waszego dziecka, przyjmujecie na siebie obowiązek wychowania go w wierze, aby zachowując Boże przykazania, miłowało Boga i bliźniego, jak nas nauczył Jezus Chrystus.

I tutaj przypomniała mi się taka anegdota, a w zasadzie dwie, które usłyszałem od biskupa Tomasza.

W jednej parafii ktoś w taki sposób modlił się za biskupa: módlmy się za naszego niegodnego sługę biskupa Tomasza. Biskup się dowiedział. Wezwał tego człowieka do kurii i tłumaczy. Ty masz tylko wymienić w tej modlitwie moje imię, a kiedy ja odmawiam tę modlitwę, to muszę w taki sposób to powiedzieć: za mnie niegodnego sługę. Ekscelencja to musi, a ja wierzę, że tak jest! – skwitował ten człowiek.

Jedno to znać modlitwy, a drugie to żyć w duchu modlitwy. O tym jest ta druga część Ewangelii. Odnoszę wrażenie, że to pytanie skierowane do rodziców ono musi paść podczas obrzędu chrztu. Czy się przekłada na życie? Czy nasza wiara sięga tak daleko?

I ta druga anegdota – w nawiązaniu do pierwszego czytania – ten sam biskup każdego prosi o jedną „zdrowaśkę” w swojej intencji. Większość reaguje w taki sposób: Księże Biskupie! Ja odmówię za księdza cały różaniec! Nie chcę całego różańca, proszę o jedną „zdrowaśkę”, ale jak byś mógł, to codziennie.

W modlitwie trzeba być natrętnym, co przekłada się w stałości.

Panie, naucz nas modlić się!