+48 606 283 414 larafal@interia.pl

Bardzo lubię czytać o Izraelitach w pustyni. Bo oni albo idą konkretnie za Bogiem albo konkretnie Mu się sprzeciwiają. Tam zawsze jest konkret. Nie ma tak, że nie wiadomo o co chodzi.

Przywołane przez proroka Jeremiasza ocalenie reszty Izraela wywołało z pamięci mojego serca konkretną sytuacje. Na tej liście ocalonych znalazła się „kobieta brzemienna wraz z położnicą”. Pozwólcie zatem, że na tej końcówce Tygodnia Misyjnego podzielę się własnym doświadczeniem z niwy misyjnej.

Wracałem do Kazachstanu 14 lutego, w Dzień Zakochanych. To był poniedziałek. Lotniska nie były przeludnione. Ktoś mi podarował walentynkę. Po wylądowaniu, ku mojemu ogromnemu zaskoczeniu, czekał na mnie młody parafianin. Nie prosiłem nikogo o podwózkę, bo wiedziałem, że każdy w takim dniu dzieli ten czas z tymi, których kocha. Od razu widziałem, że z tym młodym człowiekiem coś jest nie tak; jakiś ciężar nosi w sobie. W drodze pociągnąłem go za język. Powiedział, że jego znajoma dokonała właśnie aborcji, że on przez te ostanie dni próbował za wszelką cenę odwieźć ją o tej decyzji. Po wysłuchaniu całej historii skwitowałem to mniej więcej tak: „Dzisiaj jest poniedziałek, a znając życie w Kazachstanie, poniedziałek to ciężki dzień i niczego w tym dniu nie można załatwić. Dojedziemy do parafii, dam ci auto i pojedziesz do jej domu. Próbuj do końca, a jak nie dasz rady, to przywieź ją do kościoła”. Dostał krzyżyk na drogę i pojechał, a że byłem po nieprzespanej nocy i długiej podróży o niczym innym nie myślałem, jak tylko o spaniu. Spałem już na jedno oko, kiedy nagle zadzwonił telefon. W słuchawce usłyszałem: „Będziemy za 10 minut!”. I wtedy pożałowałem, że to zaproponowałem. Napadł na mnie paniczny strach. A co jak nie dam rady? Nie przebaczę tego sobie do końca życia. Szybko doprowadziłem się do stanu używalności i pobiegłem do kościoła. Odmówiłem te słowa, które wypowiedział Bartymeusz: „Jezusie, Synu Dawida, ulituj się nade mną!”. Przy trzecim razie, usłyszałem dzwonek do drzwi. Wychodząc z kościoła, włożyłem do kieszeni relikwie bł. Władysława Bukowińskiego. Przegadaliśmy pół nocy, a w zasadzie to jak gadałem. Im dłużej gadałem, tym bardziej przegrywałem. Cały czas trzymałem rękę w kieszeni. W bezsilności myślałem, że zgniotę ten metalowy relikwiarz. Jakiś głos mi podpowiadał „wykup do dziecko”. I nagle mnie oświeciło. Bł. Władysław Bukowiński nie miał niczego, co nie oznacza, że niczego nie otrzymywał. Wręcz przeciwnie! W jednym domu dostał mięso, w drugim domu je zostawił. Ktoś dał mu pieniądze, a on przekazywał je komuś innemu. Niczego nie zatrzymywał dla siebie. To był konkret. Te słowa z listu do Hebrajczyków pasują do niego, jak ulał. „Każdy arcykapłan spomiędzy ludzi brany, dla ludzi jest ustanawiany w sprawach odnoszących się do Boga, aby składał dary i ofiary za grzechy”. Ze świadectw ludzi wiemy, że Bukowiński był transferem Bożej łaski. Ludzie przez niego otrzymywali nawet to, o co nie mieli śmiałości prosić. Zapytałem wprost: ile to będzie kosztować? Na polskie 300 zł! Podbiłem tę kwotę 10-krotnie, zaproponowałem jej dach nad głową i wyżywienie, i wtedy się zgodziła, że nie usunie dziecka. Byłem tak podekscytowany, że nie spałem do rana. Ten młody parafianin powiedział, że jest w stanie zmień swoje plany życiowe i adoptować to dziecko, jeśli będzie taka potrzeba. A ludzie, którzy dali mi te pieniądze w ofierze na misje, do dzisiaj nie wiedzą, że miały wartość ludzkiego życia.

Ten sukces był dopiero początkiem problemów. Kiedy o wszystkim dowiedziała się rodzina tej młodej kobiety w ciąży, próbowali ją odbić. I wtedy wyszło szydło z worka. Okazało się, że to właśnie krewni wydali wyrok na małego i dali jej pieniądze, żeby się go pozbyła. I tu wspólnota parafialna stanęła na wysokości zadania. Podzielili się dyżurami i pilnowali tej mamy do rozwiązania, a najwięcej ten młody parafianin. Wiem, że dwie próby odbicia przebiegały brutalnie i komuś z nosa krew się polała. Tylko nie wiem, po której stronie. Tego mi już nie powiedzieli.

Dziecko przyszło na świat 7 marca. Matka wybrała dla niego dwa imiona: Jerzy i Władysław. Jerzy, bo tak miał na imię ten młody parafianin. Zapytałem: dlaczego Władysław na drugie? Nie była w stanie mi odpowiedzieć. A ja też nie opowiedziałem jej całej tej historii z bł. Władysławem Bukowińskim w tle.

Wiecie, co było dla mnie najtrudniejsze w tym wszystkim? Od 14 lutego do 7 marca to niewiele. Łatwo się domyślić, ile to dziecko już miało. Ta krótka modlitwa odmówiona trzy razy w pośpiechu, zabrała z mego serca strach. Bartymeusz ją odmówił, po czym zrzucił z siebie płaszcz. Siłą tej modlitwy przestał być żebrakiem, stał się dzieckiem. Ta krótka modlitwa: „Jezusie, Synu Dawida, ulituj się nade mną” na Wschodzie nazywana jest modlitwą serca. Ona naprawdę reanimuje serce. Zdejmuje z serca płaszcz, jakikolwiek płaszcz! Płaszcz lęku, płaszcz rozczarowania, goryczy, zwątpienia.… Kiedy głowa mi leci na adoracji i zaczynam ją odmawiać, to od razu mi spanie przechodzi.

Domyślacie się pewnie, kto był w tej sytuacji położnicą? Cała wspólnota parafialna. Ktoś mnie ostatnio zapytał, ile ksiądz miał tych parafian. To była garstka, taka resztka, ale w sprawach odnoszących się do Boga, rozumieliśmy się jak łyse konie. Nie ważne, ilu ich było, ważne jacy byli. Przez cały rok rozdawaliśmy pampersy, które babcie przyniosły dla tego jednego dziecka. A brali ci, co potrzebowali dla innych dzieci. Tyle tego było! To było to samo doświadczenie Kościoła, co na Górze Objawień w Medjugorie. Mówiłem o tym w poprzednim kazaniu.

Nie bądźmy dwuznaczni. Nie bądźmy poprawni. Bądźmy konkretni, a sprawy Pana traktujmy ponad wszystko inne.

„Jezusie, Synu Dawida, ulituj się nade mną”.