Udaję kogoś, kim nie jestem… czy komuś to doświadczenie jest obce? Dzieci udają dorosłych, dorośli udają specjalistów od dziedzin wszelakich; znających się na kwestiach politycznych, ekonomicznych, ekologicznych, globalnego ocieplenia itd., można by wyliczać, kogo my tylko nie udajemy…
W dzisiejszej ewangelii spotykamy takiego udawacza, który jeszcze na dodatek krzyczy wniebogłosy: «Och, czego chcesz od nas, Jezusie Nazarejczyku? Przyszedłeś nas zgubić? Wiem, kto jesteś: Święty Boga».
Duch nieczysty zaszył się w człowieku. Wiedząc, że koniec jego nadchodzi, ostatkiem sił próbuje zasiać wątpliwość w sercach uczestników tego wydarzenia i posługuje się udawaniem kogoś, kim nie jest – zna Boga, Jego imię i świętość. No tak… zna się…
Ja nie muszę udawać dziecka Bożego, bo jestem nim od momentu chrztu. Nie muszę udawać chrześcijanina, to moja prawdziwa tożsamość. Za to przed światem udaję, że nie jestem Bożym dzieckiem; że nie jestem chrześcijaninem. Robię tak z różnych pobudek: ze strachu przed odrzuceniem, wyśmianiem, konsekwencjami, które mogą mnie spotkać, bo nie myślę tak, jak wypada myśleć.
Świat to jedno, a „swoi” to drugie. Bardziej boję się powiedzieć, co myślę przed przełożonymi niż przed niewierzącymi, dlatego przed swoimi udaję kogoś, kim nie jestem.
Św. Paweł nazywa rzeczy po imieniu w odczytanym fragmencie, a zwłaszcza w tym ostatnim zdaniu: „My właśnie znamy zamysł Chrystusowy”.
Sięgając po obrazy – jesteśmy pięknymi różami, ale my wolimy być mleczami. Albo inaczej ujmując jesteśmy zaprawionymi w słoiku pąkami, nierozwiniętymi, ciągle schowanymi…
Udaję kogoś, kim nie jestem… przytakuję dla „świętego spokoju”, ale w sercu myślę inaczej… dokąd prowadzi takie udawanie? Oby nie do zguby…