W bł. ks. Janie ujęło mnie to, jak dojrzewało w nim powołanie do kapłaństwa. Otóż były takie chwile w jego życiu, kiedy próbował „tłumaczyć” Bogu, że może się pomylił, powołując go do kapłaństwa; że może powinien realizować się jako mąż i ojciec. Lecz Bóg nie ustępował. Najmocniej jednak Bóg ujął go tym, że niczego mu nie nakazywał, że pozostawiał mu całkowitą wolność. Pozwalał mu wybierać, decydować o swojej przyszłości, bez przymusu z Jego strony! Czuł więc głęboko, że jeśli powie Bogu „nie”, to się na niego nie obrazi, nie przestanie go kochać. Również mama mówiła mu, że Bóg się nie obraża, że nigdy nie przestaje kochać, nigdy się od człowieka nie odwraca, że jest z nim także wtedy, kiedy człowiek odwraca się od Niego i idzie swoją drogą. To właśnie ujmowało go najbardziej w postawie Boga. Ta jego wrażliwość względem człowieka.
I myślał sobie, że gdyby już miał pójść do seminarium i zostać kapłanem, chciałby być podobny Bogu – kochać ludzi bez obrażania się na nich, kochać ich nawet wtedy, kiedy oni go nie będą kochać, bez odwracania się od nich. Szanować ich także wtedy, kiedy nie będą chcieć przyjmować jego rad i kiedy odrzucać będą ofiarowaną im pomoc. Być z nimi także wtedy, kiedy będą krzywdzić i sprawiać cierpienie.
„Gdybym faktycznie miał zostać księdzem – myślał i postanawiał – chciałbym we wszystkim naśladować postawę Chrystusa”.